Kochał “Inkę” i tropił faszystów?

12 maja, 2020 0 przez Krzysztof Mielewczyk

Twórcę Holocaustu, Adolfa Eichmanna doprowadził do celi śmierci Tadeusz |Jasiński z Gdańska. Prawdziwe nazwisko Tuwja Friedmann, urodzony w 1922 roku w Radomiu. W 1944 uciekł z miejscowego obozu pracy w fabryce broni. Polsko brzmiące nazwisko przyjął rok później zaciągając się do KBW w Gdańsku, czyli krwawych służb komunistów.

Jego biografowie mówią, że wyemigrował po napadzie na bank w Radomiu podczas przepustki. Ale jest oczywiste, że  ta burzliwa młodość musiała mieć oparcie w żydowskich grupach paramilitarnych, bo natychmiast po przybyciu do Wiednia w 1946 rozpoczął pracę dla terrorystycznej HAGANY, zbrojnego ramienia Syjonistów w budowie samodzielnego państwa. Tam współpracował z Szymonem Wiesenthalem, który formalnie i propagandowo firmował w świecie ściganie hitlerowskich zbrodniarzy. To jednak Friedmann vel Jasiński ze swoim sprytem, fantazją oraz sercem do awanturnictwa i walki był w istocie rzeczywistym łowcą głów najbardziej krwawych reprezentantów niemieckiej rasy panów.

Jego zespół izraelskich hunterów autora  żydowskiej eksterminacji zgarnął 11 maja 1960 w Buenos Aires z przystanku autobusowego, gdy wracał z pracy w warsztacie samochodowym. Co zaskakuje, Eichmann do Argentyny uciekł z Niemiec dopiero w 1950 roku kanałami hierarchów Watykanu. Tam ściągnął swoją rodzinę z trójką dzieci, a nawet spłodził czwarte. Dziś wydaje się, że dla Friedmanna większym problemem od wytropienia zbrodniarza było wywiezienie go do Izraela. Dopiero ,,zmiękczanie,,  dobrym alkoholem, a znając realia zapewne na tym się nie skończyło, złamało rzeźnika  6 milionów Żydów, który podpisując akt dobrowolnego oddania się w ręce państwa Izrael, dał zielone światło bezkolizyjnego przetransportowania do celi w Hajfie.  W tym mieście nasz człowiek z Gdańska był potem w randze pułkownika przez szereg lat szefem tajnego archiwum Mossadu, który mieścił się w podziemiach wielokondygnacyjnego domu towarowego. Swój gabinet miał Friedmann jednak na ostatnim piętrze, z widokiem na piękną zatokę Morza Śródziemnego.  Każdy dzień rozpoczynał od biegów po plaży oraz obowiązkowej potem wizyty na strzelnicy.

Friedmann do końca swego życia w roku 2011 miał stały kontakt z Gdańskiem oraz ludźmi aparatu bezpieczeństwa publicznego. Między innymi protoplastami postaci ,,Bolka,, , czyli wykreowany przez Kiszczaka obarczony Noblem symbol wolności. Nie ma w tym żadnej z mojej strony sugestii, ani podejrzeń. Chociaż ten świat nawet z mrówki zrobi wieloryba.  Z nazwiskiem Friedmanna zetknąłem się w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych będąc dziennikarzem śledczym Polskiego Radia w Gdańsku.  Miałem już za sobą ujawnienie afery później nazwanej ,,pomroczności jasnej,, Przemysława Wałęsy, na chwilę przed kolejnymi wyborami prezydenckimi jego ojca.  Nietrudno się domyśleć, że moje sensacje w tak ważnym momencie dla przyszłości Lecha Wałęsy stały się za chwilę powodem do rozstania z radiem publicznym. Ale ostatecznie przeważyła propozycja ze strony jednego z gdańskich, wieloletnich przyjacieli  Friedmanna vel Jasińskiego, bym pojechał do Hajfy i zrobił z nim ,,wywiad rzekę,,  o prawdziwym tropicielu niemieckich zbrodniarzy. 

Warunkiem na zgodę ze strony legendarnego pułkownika Mossadu było znalezienie grobu jego ukochanej z gdańskich czasów. Wtedy nawet nie miałem świadomości o Danucie Siedzikównie, Łupaszce i ,,żołnierzach wyklętych,,. Ta część historii była skutecznie zabetonowana dla wiedzy i świadomości polskiego społeczeństwa. Betonowanie ust mediów powstałych przy ,,okrągłym stole,,  magdalenkowej demokracji w istocie było tego kontynuacją. Wtedy grobu nie odkryłem, a nawet teraz nie do końca mam pewność, że ową miłością Tadka Jasińskiego była faktycznie “Inka”.  Była to jednak postać tajemnicza, poznana przez Friedmana w dramatycznych okolicznościach, a to jej gwałtowna utrata miała sprowokować go do opuszczenia Gdańska. Szczegóły miałem poznać bezpośrednio w wywiadach Friedmanna, bo pośrednik w sprawie nie był zdziwiony fiaskiem moich poszukiwań. 

Miałem przez gospodarza zagwarantowany pobyt w jak najszybszym terminie i bez czasowych ograniczeń. Friedmann miał już wtedy formalną zgodę rządu Izraela na podzielenie się ze światem swoja rzeczywistą rolą w skutecznym ściganiu, jak dziś wiemy, blisko 300 najkrwawszych z nazistów. Jeśli ten syn drukarza, urodzony wojownik wolności i dobrej sprawy miał mieć szczerą intencję ujawnienia prawdy lochów siedziby KBW w Gdańsku, gdzie wcześniej miało swą siedzibę Gestapo, to obecnie nie dziwi niewytłumaczalny w 1997 roku opór szefów radia publicznego w Gdańsku do tej mojej dziennikarskiej wyprawy.

Friedmann kilkakrotnie przekazywał naszemu pośrednikowi w kontaktach, również człowiekowi tajnych służb o ogromnej wiedzy także wokół wiezionych i prześladowanych działaczach antykomunistycznego podziemia  w latach osiemdziesiątych, tzw. ,, zachętki,, o swoich rozmowach z Wiesenthalem oraz nieodłączny wątek swej gdańskiej miłości. O 6 lat młodsza”Inka” mogła zrobić wrażenie na 23-letnim wtedy ideologicznym rywalu. Czy uczucie, może platoniczne, śledczego komunistycznej bezpieki mogło dać wolność i życie 18-letniej bohaterki? Nie byłaby to żadna niezwykłość słysząc dziś o pomocy SS-manów i żołnierzy Wehrmachtu na przykład żydówkom w obozach zagłady. Friedmann i nasz pośrednik również pochodzenia żydowskiego byli znakomitymi rozmówcami, ze swarom, dowcipem i nieprzeciętnymi dla zwyczajnych ludzi przeżyciami. Niewątpliwie konfabulowanie, ubarwianie i autonadinterpretacja mieściła się w formule planowanego wywiadu, który potem rzecz jasna oklejałbym weryfikowanymi informacjami.

Miałem świadomość, jako już wtedy doświadczony dziennikarz śledczy, że wybór mojej osoby był nieprzypadkowy i mieli taką samą moi ówcześni chlebodawcy. Zrobili wiele, by reportaż, który śmiało był planowany na Prix Italia, czyli radiowego Oscara nie powstał, a prawdy tego świata mroczność nadal okrywała. Nie zmienia to faktu, że w 2016 IPN odnalazł w więzieniu na Kurkowej w Gdańsku szczątki min. Danki Siedzikówny. I dziś  mam niemal całkowitą pewność, że pośrednik oraz Tede Jasiński, doskonale i w szczegółach zorientowani na zdarzenia w tym miejscu, być  może tylko ową miłość życia wykreowali. Bo chcieli po prostu prawdy dla Polaków i o Polakach.

Krzysztof Milewcztk