Śledziem w wirusa

23 marca, 2020 1 przez Krzysztof Mielewczyk

Świat się wyludnił, zamknął w czterech ścianach. Pustymi ulicami niedzielnego Gdańska samotny radiowóz z głośnikiem nawołuje pustkę, by została w domu. Kościoły zamiast sumy milczą wiekowymi murami. W południe wokół fontanny Neptuna na Głównym Mieście siedzi kilku kloszardów w towarzystwie słoików z zupą  rozdawaną cyklicznie przez anarchistów.  Bulwar Motławy tonie w słońcu zamiast, zwyczajowe w te godziny, tłumami. Pod Żurawiem nie przepływają wyczynowi kajakarze, których tylko kra na rzece mogła dotąd zniechęcić. Wokół świszcze wiatr od bliskiego morza. Więc plaża na Stogach przykryta falami, a ta w Górkach Zachodnich, najbliżej Martwej Wisły, do której Motławą kajakarz dopłynie…

Sezon na śledzie. Trudno uwierzyć, ale już w połowie ubiegłego tygodnia droga dojazdowa do tego miejsca, zresztą jak każdego poranka zapełniała się samochodami. Rejestracje nawet ościennych województw korkowały wszystkie parkingi i wolne przyleśne skrawki  wzdłuż Narodowego Centrum Żeglarstwa i kilku innych klubów żeglarskich. Tam bramy zamknięte, ale nieopodal cały blisko stumetrowy betonowy bród dzielący rzekę od zatoki zapełnia zwarty szereg facetów z wędkami. Na przelew suną ich kobiety z wiadrami. Wszystkich twarze ogorzałe, nawykłe do zmiennej, bałtyckiej pogody. Za nimi, kilkaset metrów dalej w kierunku Portu Północnego i bazy kontenerowej stoją po pas wodzie inni namiętni poławiacze. W taką pogodę z trzymetrową falą i wiatrem, nie ma co ukrywać, nawet morsy  sobie odpuszczają.  A zwykle o tej porze w każdą niedzielę grupkami lub solo upychają się w wodzie. Nie ma biegaczy, samotników z psami, par zakochanych i emerytów.

Patrzę na tą ścianę zwartych postaci, niemych w oddali, jednej czynności tylko oddanych. Połów.

Jak długo to jeszcze potrwa?

Kiedy ludzie pozostają w domach, ja mam czas i przestrzeń do oceny – gdzie mieszkam? Poraża bezczelność lokalnych decydentów,  którzy rządząc latami popadli w wiarę swojego geniuszu. Widzę  bezmiar bezmyślności, wielkie kwartały dzikiej developerki, wokół której dziurawe ulice, zaniedbane miasto i świadoma dewastacja tego, co koszmar II wojny nie zabił. Na całej przestrzeni trójmiejskiej aglomeracji, tylko w koronawirusie niezakorkowanej widać mdłe, pudełkowe budownictwo, które odebrało jej ład architektoniczny i nadmorski charakter. Poza knajpami (dziś zamkniętymi) z cenami nie na kieszeń mieszkańców nie ma tego, co stanowi o standardzie jego życia. Chyba, że się do Brasili porównamy.

Dla stolicy regionu to dobry moment, by przepchnąć rekordową budżetową dziurę. Ale nie zmieni to spojrzenia na rozgrzebywane miasto latami. I rozkradane z kolejnych nadziei. Czysty jest tu tylko piasek na plaży, poddany naturze i ujarzmiany falami. W nich kłębią się śledzie ławicami, na które z niemąconym polityką i wirusem spokojem, czekają zastępy junaków z wędkami.

Krzysztof Mielewczyk